🥋 Minęło Dziesięć Lat Jak Wygląda Teraz Twoje Życie Opowiedz

Tłumaczenia w kontekście hasła "płuco wygląda teraz" z polskiego na angielski od Reverso Context: Twoje płuco wygląda teraz jak to bagno. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate

Równe dziesięć lat temu, jadąc do pracy samochodem, po dziesięciu minutach już wiedziałem, że właśnie mam z głowy mój wypad do Paryża, który był planowany na następny dzień, czyli 12 września, 2001. Właśnie w czasie mojej drogi do pracy, trzeci, porwany przez terrorystów samolot uderzył w po kilku dniach od tego pamiętnego ranka, uderzyła mnie bardzo niesamowita cisza nad washingtońskim niebem. Piękne niebieskie wrześnowe niebo było nieskazitelnie ciche i czyste. W każdy normalny inny dzień, niebo nad metropolią washingtońską jest poprzecinane białymi nitkami spalin tysięcy samolotów startujących i lądujących każdego dnia na jednym z trzech wielkich lotnisk obsługujących metropolię. Owego tygodnia, tą groźnie brzmiącą ciszę na washingtońskim niebie, od czasu do czasu zakłócał grzmot kilku przelatujących myśliwców, które jak nigdy dotąd patrolowały tą część wczoraj, łudziłem się, że może ta dziesiąta rocznica ataku terrorystycznego na USA będzie po prostu cichą i uroczystą rocznicą aby uczcić pamięć blisko 4 000 osób, które zginęły tego dnia podczas ataku. Ale już dzisiaj rano, jadąć samochodem i słuchając wiadomości, moje złudzenie prysnęło jak bańka mydlana. Źródła rządowe podają że istnieje wiarygodne, ale nie potwierdzone zagrożenie terrorystyczne ze strony al-Quaida aby w dziesiątą dziesiątą powtórzyć atak. Według źródeł, zagrożone są głównie tunele i mosty w Nowym Yorku i w Washingtonie. No i więc oczywiście patrole, alarmowy broadcasting internetowy, National Guard, itd. Koniec się więc pytanie: czy przez te dziesięć lat posunęliśmy się do przodu z walką z terroryzmem?Według mojej opini, myślę że tak. Przynajmniej jeśli chodzi o terytorium Stanów Zjednoczonych, atak terrorystyczny nie powtórzył się. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zdemontowano dużą ilość uśpionych cel terrorystycznych, aresztowano i skazano wiele osób (włączając również niewinnych – bo jednak tam gdzie się drwa rąbie to wióry lecą).Po dziesięciu latach i bilionach dolarów wydanych na programy antyterrorystyczne, stworzono systemy alarmujące społeczeństwo o zagrożeniu terrorystycznym, terroryźmie nuklearnym, chemicznym, biologicznym, etc. Przez ostatnie dziesięć lat, niezliczoną ilość razy rozświetlały się elektroniczne tablice informacyjne na autostradach informujące o zagrożeniu terrorystycznym. Normalnie, tablice informacyjne są używane do wyświetlania ważnych zdarzeń na autostradach, tak jak wypadki, roboty drogowe, korki, zablokowane zjazdy, etc. Do tych informacji doszedł ‘code yellow’, ‘code orange’ i ‘code red’ informujący o stopniu zagrożenia wydało olbrzymie sumy na antyterrorystyczne programy cybernetyczne. To właśnie dzięki tym programom analizuje się stopień zagrożenia. Programy te przesłuchują i analizują olbrzymią ilość danych przesyłanych w sieciach telefonicznych i internetowych w USA i na świecie: emaile, SMS, rozmowy telefoniczne, i wszelkie inne formy cyberkomunikacji. Programy te próbują wyłapać wzmożenie aktywności komunikacyjej terrorystów, tak zwany ‘chatter’. Nie chodzi tu nawet o jakiego typu informacje, ale o trend, lub ‘pattern change’.O zabezpieczeniach lotnisk i lotów pisać nie będę, bo temat ten jest na tapecie prawie codziennie jako że programy te wprowadzają olbrzymie utrudnienia i zmniejszenie komfortu podróży lotniczych milionów osób dziennie na całym świecie. Jako ciekawostka wspomnę tylko o olbrzymim wyzwaniu jakim jest obsługa lotniska ‘Ronald Reagan’, które jest położone w samym sercu Washingtonu. Trasy powietrzne dla odlotów i przylotów na Reagan Airport są bardzo ciasne i rygorystycznie pilnowane, jako że dzieli je tylko dziesiątki sekund od newralgicznych objektów, takich jak Biały Dom, czy Pentagon, jak również tylko dziesiątki sekund na ewentualne zniszczenie porwanego nie ma się co czarować. Żaden system nie jest doskonały i nigdy nie będzie. Przeprowadzane od czasu do czasu próbne symulacje całych grup antyterrorystycznych, cały czas obnażają słabe punkty, czy to w komunikacji między wieloma służbami antyterrorystycznymi, niedoskonałości w przepływie informacji, czy z możliwości przeróbki olbrzymiej masy informacji. FBI na przykład, wciąż jest w porównaniu do innych amerykańskich służb specjalnych dosyć do tyłu z wdrażaniem cybertechnologii i wyjście poza tradycyjne metody operacji indywidualnych agentów. Mimo dowodów, że system ogólnie działa, to nie ma się czarować, że nigdy nie będziemy mieli 100% gwarancji. Zawsze będzie ten pierwszy raz, którego nikt nie przewidział, czy to nowa bomba zrobiona domowym sposobem, czy jakaś chemiczna czy biologiczna substancja, czy też dirty bo nigdy nie da się ochronić żadnego kraju zachowując zasady otwartości terroryzm światowy też nie śpi i ma się całkiem dobrze. Przez te ostatnie 10 lat był Londyn, Barcelona, Moskwa, Indie, Breivik, i wiele, wiele innych epizodów. Lotniska, pociągi, metra, budynki rządowe, hotele, świątynie... terrorysta nie przebiera w Polska? Kraj położony na uboczu głównych akcji politycznych. Kraj spokojny, który nie wadzi nikomu? Wygląda na to że jak na razie nie musimy się martwić, że będą nam bomby na ulicach wybuchać. A więc jednym słowem jesteśmy w strefie ‘terrorizm free’.I tak, i nie. Ostatnio stawianie krzyży przed pałacem prezydenckim to również forma rodzimego terroryzmu tak dawno polemizowałem na ten temat z kolegą. Po moich wypowiedziach, kolega napisał mi email pod tytułem ‘Nie bójmy się krzyży’, w sensie aby się odczepić od tego ważnego dla każdego z Polaków symbolu religijnego, narodowego, i manifestacji wiary ponad 90% obywateli naszego mnie, my się krzyży nie boimy. Boimy się tylko ludzi, którzy perfidnie używają tego symbolu dla swoich własnych (terrorystycznych/politycznych) bodajże nie mówię tutaj o tysiącach zwykłych ludzi, gotowych poświęcić swoje życie, aby bronić ich najświętszego symbolu, jakim jest według mnie, to naprawdę wszysko jedno jakiego narzędzia używa terrorysta; czy to będzie tradycyjna bomba, czy dirty bomb, czy ambona kapłana w światyni, z której nawołuje się do zniszczenia kultury i stylu życia krajów, krajów które w ich konstytucjach zapewniły prawo wybudowania tej świątyni, czy też nawet na różne oblicza... i nie ma lepszego i gorszego terrorysty.

minęło. Poprawna pisownia, znaczenie: jest to forma czasownika minąć, odmienionego w trzeciej osobie liczby pojedynczej, w czasie przeszłym. Czasownik ten oznacza przechodzenie, przejeżdżanie obok czegoś lub kogoś, przemijanie jakiegoś zjawiska, ale także zaprzestanie odczuwania czegoś. Zwrotem tym możemy również określić
Dzień dobry Moi Kochani Czytelnicy! Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki, a raczej autora - który w swojej dziedzinie naprawdę króluje. A jest nim pewien Pan, piszący w języku francuskim. Pisarz, którego pokochałam po pierwszej przeczytanej powieści. Który podbił moje serducho i przy każdej wizycie w bibliotece - nie pozwala spokojnie przejść obok swoich papierowych dzieci. Wiecie już, o kim mowa? Guillaume Musso – pisarz francuski, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Jego powieści sprzedane w nakładzie 20 milionów egzemplarzy, przetłumaczone na 36 różnych języków - robią wrażenie. Dodatkowo jego niektóre powieści zostały zekranizowane. Czego chcieć więcej, prócz kolejnych fenomenalnych powieści? Więcej recenzji dostępnych w zakładce Recenzja A-Z. Guillaume Musso - Kim byłbym bez Ciebie? Lato 1995 roku. W San Francisco, Gabrielle studiuje na Uniwersytecie Berkeley. Ma 20 lat i tego lata przeżywa swoją pierwszą, prawdziwą miłość. Miłość do Francuza, Martina, który rok od niej starszy również robił licencjat z prawa, tyle, że na Sorbonie. On zaś z kolei przeżyje swoją ostatnią, prawdziwą miłość. Trzynaście lat później Martin usiłuje schwytać złodzieja obrazów, Archibalda. Gdy już ma go na muszce, daje mu zbiec, ratując obraz, który jak się okazuje jest duplikatem. Oboje po wielu latach rozłąki uderzają w życie 33 letniej kobiety, która kompletnie się tego nie spodziewa. Jednak czy wystarczy czasu, by porozmawiać na tematy, które od dawna dręczą mężczyzn? Czy Martin schwyta złodzieja? Okładka dość subtelna, ciekawa przedstawiona. Widzimy kobietę stojącą na drabinie aż do nieba. W tle piękne chmurki, a sama ona tworzy chmurkę w kształcie serca. W bordowej sukni, bordowe litery tworzące tytuł oraz autora powieści, z błękitem komponują się idealnie. Posiada skrzydełka, co uwielbiam, ale to nie dziwne, przecież to Wydawnictwo Albatros. Na jednym ze skrzydełek przeczytamy krótki opis powieści, na drugim z kolei słów kilka o autorze. Białe strony, które wcale nie przeszkadzają w czytaniu. Dużym atutem tego wydania jest wielka czcionka. Pogrubione informacje dotyczące czasu i miejsca, również wpływają na dogodniejsze czytanie. Nie ujrzałam nigdzie żadnych błędów, literówek, a odstępy między wierszami oraz marginesy są świetnie dopasowane. "Dlaczego miłość jest jak narkotyk? Dlaczego prowadzi do takiego cierpienia?" Pan Musso… mogłabym się dniami i nocami rozwodzić nad tym jak fantastyczne ma Pan pióro. Ci, którzy mieli okazję poznać styl Pana Guillaume, dobrze wiedzą, że potrafi pisać. Potrafi nas Czytelników zaczarować od pierwszych słów. Owiać tajemnicą, zaintrygować do tego stopnia, że ciekawość zżera nas od środka. Sprawia, że przewracamy kartkę za kartką w powalająco szybkim tempie. Wszystko, co wykreuje nam autor to niczym miód na nasze serce, duszę. Stworzone realne historie z wątkami fantastycznymi sprawiają, że nasze codzienne zmartwienia, myśli, uciekają gdzieś daleko. Bo to my pojawiamy się w świecie bohaterów. Styl Pana Musso pod żadnym pozorem się nie zmienia. No jedynie – na lepsze. Nie jest to pierwsza, ani druga powieść autora – a wciąż jestem pod wrażeniem. Książki tego pisarza są naprawdę fantastycznymi lekturami i zasługują na uwagę każdego czytelnika, który nie boi się tego typu powieści. To nie tylko romans. Nie tylko czysta miłość. Ale też i tajemnica, thriller – choć nie w każdej pozycji on występuje. "Są w naszej duszy rzeczy, na których sami nie wiemy, jak bardzo nam zależy. Jesli żyjemy bez nich, to tylko dlatego , że wejście w ich posiadanie odsuwamy z dnia na dzień ze strachu, że nam się nie uda albo że przysporzą nam cierpień." - Marcel Proust Świetnie wykreowani bohaterowie tylko podnoszą ocenę całokształtowi. Są jakby wycięci z naszego życia, kto wie – może i podobne osobowości i my znamy? Tutaj mamy dwójkę, a raczej trójkę bohaterów, z którymi mamy do czynienia na przełomie kilkunastu lat. Poznajemy młodą, zakochaną w sobie parę, Gabrielle i Martina. Poznajemy złodzieja obrazów, Archibalda. Chcąc czy nie, są oni ze sobą połączeni. Tylko jeszcze nie wiedzą w jaki sposób. Otóż może zacznę od końca, czyli od Archibalda. Jest on najstarszym bohaterem z tej trójki. Przebiegły, wręcz złodziej idealny, który zawsze wszystko ma dopracowane nie ma dla niego rzeczy nie możliwej. Jakoś pomimo jego późniejszych losów nie darzyłam go zbyt wielka sympatię. Miałam okazję poznać w pewnym momencie jego fragment życia, jednak i to nie przekonało mnie do tego, by zapałać do niego wielką przyjaźnią. Z kolei Martin jest po części w moich myślach trochę jak kobieta. Ma taką duszę… Polubiłam tego policjanta, chociaż nie byłam w stanie go zrozumieć, czemu spróbował tylko raz i nie próbował więcej. To samo Kieruję w stronę Gabrielle, która w ogóle nie dawała znaku. Zachowała się tak wrednie, że miałam ochotę jej przyłożyć. Mimo wszystko polubiłam ich i przywiązałam się do nich. Mam nadzieję, że zbyt długo nie będę za nimi tęsknić. Przygoda, jaką przeżyłam w San Francisco, czy też Paryżu zostawi duży ślad w moim sercu i zostanie na pewno nie zapomniana. Jak na Musso przystało, czytelnik kompletnie się nie nudzi. Może odczuwać pewnego rodzaju znużenie, brak akcji, chociaż ja tego tutaj nie czułam. Od samego początku historia bohaterów wydawała mi się zbyt piękna, by była prawdziwa. Zbyt piękna na to, by przetrwała. No i dużo się nie pomyliłam. Możecie też domniemać, co stanie się dalej, nie mówię, że nie. Ale ja, gdy czytam pozycje tego pisarza, nie zwracam na takie rzeczy uwagi, tylko oddaję się cała kartom powieści. One zabierają mnie do świata bohaterów, w których żyję wraz z nimi. W których czuję to, co oni. Po prostu wraz z nimi, obok nich idę, lub tez depczę im po piętach, by nie zgubić, gdy akcja nabiera rozmachu. Autor idealnie posługuje się akcją, raz ją zwalnia, a raz przyspiesza do granic możliwości. Raz powoduje, że śledzisz z tak wielkim zainteresowaniem poczynania bohaterów, że nie zauważasz minionego czasu, na policzkach pojawiają się rumieńce lub też po prostu głęboko oddychasz i wspominasz wraz z Gabrielle, Martinem czy też Archibaldem. "- Jeśli kobieta mówi ci 'nie', to często znaczy: 'chyba tak, ale się boję!'." Podoba mi się również to w książce autora, że nie pisze tylko z jednej perspektywy. Poznajemy historię z punktu widzenia naszych trzech głównych bohaterów. Poznajemy to, co było kiedyś – przed laty, to co jest teraz. Co dzieje się tu i teraz i tu, ale i kilka metrów nad ziemią. W innej czasoprzestrzeni. I nie jest to jakieś bujanie, beznadziejne wprowadzenie – otóż to idealnie dograny fragment, który dodaje klimatu, wyróżnia tę pozycję na tle innych. Kolejnym atutem chyba wszystkich jego powieści także i tej jest to, że przy każdym nowym rozdziale pojawiają się cytaty pisarzy, sławnych ludzi. To również dodaje charakteru i uważam, że wiele można z tej książki wynieść. Nawet jeśli w gust nie wpadnie Ci to, co napisał sam autor, to na pewno spodoba ci się chociaż jeden z cytatów, podanych przez niego. Tego jestem niemal pewna. Książka idealna na jesienne wieczory, smutne, brzydkie, zimne. Powieść, która pokaże nam aspekty miłości, nienawiści, oraz czasu. Pokaże nam, co ten czas potrafi zrobić z człowiekiem. Historia zasługuje na poznanie przez osoby, które cenią sobie styl autora, oraz dla tych, którzy są jej po prostu ciekawi. Reasumując lektury Pana Guillaume Musso mają w sobie pewien urok, charakter, który – nie wiem, jak Wy, ale na mnie działa magnetyzująco. Który powoduje, że chce mi się czytać, który sprawia, że tracę swój świat, uciekam od niego zamykając się w szczelnie napisanej historii. To sobie cenię i uważam, że napisana jest na wielką piątkę z plusem. Serdecznie ją Wam polecam!
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ostatnie lata to nie było życie, tylko wegetacja. Z dnia na dzień, bez uniesień i emocji. To Jacek zwrócił mi prawdziwe życie i mój właściwy wiek. Bo 45 lat to wcale nie tak dużo i nie wytrzymałabym sama ze sobą kolejne 45 lat, ze świadomością, że odrzuciłam tę miłość.
Mój blog ma 10 lat! Ciężko mi to sobie wyobrazić. Dekada. Tyle w tym czasie się zmieniło. Początki były śmieszne. Rozsyłanie linków do znajomych. Pierwszy komentarz, pierwsza setka odwiedzających w ciągu dnia, pierwszy tysiąc. Pierwszego października 2006 roku marzenie o pisaniu o NBA nabrało dla mnie realnych kształtów. Dziesięć lat to kawał czasu. W internecie to prawie wieczność. Ile w tym czasie powstało i zniknęło blogów, stron. Ilu blogerom zapału starczyło na ledwie kilka wpisów. A ja ciągnę ten wózek i jeszcze mi się to nie znudziło. Urodziny to czas życzeń. Zatem ja życzę samemu sobie wytrwałości w pisaniu, coraz większej liczby odwiedzających, pomysłów na nowe, ciekawe projekty. No i czasu na ich realizację. Z okazji dziesięciu lat istnienia tego miejsca, zebrałem dziesięć rzeczy, które udało mi się zrobić i osiągnąć dzięki blogowaniu. Kolejność dość przypadkowa. 1. Ludzie. Dla nich, z nimi, przez nich, o nich. Bezpośrednio lub pośrednio, dzięki blogowi poznałem masę wspaniałych i ciekawych ludzi, którzy mieli większy lub mniejszy wpływ na ostatnich 10 lat mojego życia. Mogłem robić interesujące rzeczy w różnych miejscach. Dla mnie to jest jeden z największych plusów posiadania bloga. Wymieniamy myśli, rozmawiamy, uczymy się, idziemy do przodu. Takie było moje marzenie, gdy zaczynałem pisać. Stworzyć miejsce, gdzie można wirtualnie przyjść, niefizycznie coś zabrać ze sobą, nienamacalnie coś zostawić a jednocześnie mieć możliwość przerobienia tego na coś bardzo realnego. 2. Mistrzostwa Świata w koszykówce. Hiszpania, rok 2014. Kilkanaście dni snu na jawie, życie w mydlanej bańce. Słońce, dobre jedzenie i najlepsi koszykarze świata. Uśmiecham się na samą myśl ile udało mi się tam zrobić i zobaczyć. Uśmiecham jeszcze bardziej, gdy wspominam rozmowy z Derrickiem Rose’em, szczególnie te puchatkowe. Wkurzony DeMarcus Cousins oglądał zdjęcia w moim aparacie, szukając czegoś złego. Spotkałem DeRozana i Gay’a na lodach. Codziennie przy kadrze USA. Było inaczej niż na meczach ligowych. Graczom się nie spieszyło, zostawali po zajęciach porzucać, odpocząć, pogadać. Można było się zakręcić wokół. To było coś. Może trudno w to uwierzyć, ale na placu boju nie było żadnych innych polskich mediów. Dzień pierwszy (LINK), dzień drugi (LINK), dzień trzeci (LINK), dzień czwarty (LINK), dzień piąty (LINK), dzień szósty (LINK), dzień siódmy (LINK), dzień ósmy (LINK), dzień dziewiąty (LINK), dzień dziesiąty (LINK), dzień jedenasty (LINK), dzień dwunasty (LINK), dzień trzynasty (LINKi LINK), dzień czternasty ale już z pozycji telewizora (LINK). 3. EuroBasket 2015. Francja. Montpellier i Lille. Byłem od samego początku, do samego końca turnieju. Od upałów w Montpellier, po jesienne chłody w Lille. Głupio się przyznać, ale już miałem trochę dosyć basketu. Gdy Pau Gasol podnosił w górę puchar, czułem się tak zmęczony, jakbym grał z nimi duże minuty. Ale z perspektywy czasu, wspominam to jako wspaniałą przygodę. Dzień pierwszy (LINK) oraz minus pierwszy (LINK), dzień drugi (LINK), dzień trzeci (LINK), dzień czwarty (LINK), dzień piąty (LINK), pogadaliśmy o Finlandii (LINK), dzień szósty (LINK), dzień siódmy (LINK), dzień ósmy (LINK), zwiedzanie stadionu (LINK) dzień dziewiąty (LINK), dzień dziesiąty (LINK), dzień jedenasty (LINK), dzień dwunasty (LINK), dzień przedostatni (LINK) oraz dzień ostatni (LINK). 4. All-Star Weekend w Toronto. What can I say? Powiedzieć spełnienie marzeń, to jak nic nie powiedzieć. Widziałem Michaela Jordana, Shaq złapał mnie za słowo a Zach Lavine i Aaron Gordon zrobi na moich oczach kurs latania. (LINK). 5. Mecze NBA w Londynie. Mój pierwszy mecz NBA czyli zima 2013 roku (pierwszy z akredytacją, bo tak ogółem, to swój pierwszy mecz NBA, z pozycji parkietu, widziałem w 2006 roku). To było wow! Jak dziecko w sklepie z cukierkami. Tu Jason Kidd, tam Rasheed Wallace. Na dzień dobry wyprowadziłem Melo z równowagi. Tylko się nie obudzić, tylko się nie obudzić, tylko się… (LINK). 2014 to było coś! Kevin Garnett, mój drugi ulubiony gracz all-time i ja. Jak to brzmi? Dla mnie cały czas surrealistycznie. A przecież pogadałem jeszcze wtedy z Prawdą Pierce’em i innymi (LINK). W 2015 roku dopiąłem swego. Złapałem i Melo i Amar’e oraz wprowadziłem w zakłopotanie coacha Fishera. Pogadałem z Johnem Starksem i paroma innymi osobami (LINK). W 2016 roku nikogo nie wkurzyłem, tak myślę, ale i tak był fajnie i intensywnie (LINK). 6. Manchester 2013. W ramach meczów przedsezonowych, jesienią 2013 roku w Manchesterze, zagrali ze sobą 76ers i Thunder. Samego meczu nie pamiętam, ale to było nieistotne. Wygrałem konkurs rzutów za trzy punkty. Dobre rady dawał mi sam Dikembe Mutombo. W czasie zawodów mocno się emocjonował a potem serdecznie mi gratulował. Kosmos, jak dla mnie (LINK). 7. Westbrook, Karol, Kasia, Barcelona. Dość świeży temat. Między innymi przez wyjazd do Hiszpanii, data oficjalnego świętowania urodzin została przesunięta aż o trzy tygodnie. (LINK). 8. Maroko 2014. Gdyby nie blog, ta historia nie miałaby prawa się wydarzyć. Jestem więcej, niż pewny. Gdy po latach pisania wyłącznie o koszykówce, zacząłem czasem przemycać różne inne treści, zaczęło otwierać się pole do wejścia na nieznane dotąd obszary. „Basket to tu, to tam” (LINK) czyli zbiorcza nazwa moich relacji z azjatyckich wyjazdów. Ludzie zaczęli kontaktować się ze mną w różnych sprawach. Po wpisach z Azji, mailowałem z ludźmi o wszystkim – samoloty, połączenia lokalne, bezpieczeństwo, jedzenie, baza noclegowa. Wszystko. Jedną z osób był człowiek, którego nazwałem roboczo „Tracy” bo pragnął zostać anonimowy. Od maila, do maila, od słowa do słowa zacząłem wyczuwać, że w porządku z niego gość. Tuż przed jego wyjazdem udało nam się spotkać na żywo w Lublinie. Przeczucie mnie nie myliło. Tracy to naprawdę swój chłop. Widzieliśmy się pierwszy raz w życiu a rozmowa szła jakbyśmy znali się bardzo dobrze od lat. Później z Tracy’m pozostaliśmy w stałym kontakcie. Na żywo spotkaliśmy się jeszcze ze dwa razy. Potem ja przeniosłem swoje talenty na daleką północ ale kontakt nam się nie urwał. Pewnego zimowego dnia, Tracy napisał do mnie smsa: „sprawdź maila”. W nim wstępna propozycja wyjazdu do Maroka w dobrej cenie. Odpisałem od razu – „kupuj”. I tak dwa miesiące później zaczęła się nasza marokańska przygoda. Dla mnie niesamowita historia. Człowiek z sieci, który nabrał realnych kształtów. Ja, osoba, którą znał tylko z przeczytania. Mało tego. Zaprosiłem go na moje wesele, odwiedził mnie Alandach. Siła internetu. Ta pozytywna. 9. Słowa uznania są miłe i budujące. Motywują mnie do dalszej pracy. Pozytywny oddźwięk od osób, które na co dzień pracują ze słowem pisanym, ma dla mnie specjalne znaczenie. Kontaktują się ze mną ci, którzy sami piszą książki lub je recenzują, piszą wiersze, zajmują się poezją, blogują ale nie o sporcie. Dobra nota od takich ludzi, ludzi spoza sportu, ma dla mnie podwójne znaczenie, bo oni oceniają mnie wyłącznie przez pryzmat mojego warsztatu. A jest to coś, co jest dla mnie ważne. Nie tylko treść ale też forma. 10. Siedzę w wannie, dzwoni telefon. Patrzę, kolega. Kiedyś bardzo bliski. Dawno nie gadaliśmy. Standardowo pytam co słychać, w tle słyszę, że jest na jakieś imprezie. Pewnie domówka. Bez zbędnych ozdobników, przechodzi do sedna. „Mam do Ciebie jedno pytanie. Powiedz mi gdzie karierę zaczynał Brown?” Odpowiadam, że w New Jersey. „Pewny nie jesteś? A nie w Miami?” – pytał dociekliwy kolega. „Nie, zaczynał w New Jersey Nets potem poszedł do Miami.” – odpowiedziałem. „I co k….a?!” – krzyknął z triumfalną radością mój kolega do swoich współbiesiadników. Podejrzewam, że wygrał jakiś zakład. To historia z zimy 2008 roku, z początków blogowania. Podobnych, śmiesznych historii, mam wiele. Stworzyć blog opiniotwórczy. Takie było moje marzenie, gdy go zakładałem. Moją ambicją było istnieć gdzieś w świadomości fanów NBA w Polsce. Mam nadzieję, że po 10 latach istnienia, przynajmniej częściowo mi się to udało. Dzięki raz jeszcze wszystkim, którzy są tu ze mną. Tym, którzy byli od początku, którzy dołączyli w trakcie oraz tym, którzy są od niedawna. A skoro jestem przy podziękowaniach. Dziękuję: – Rodzicom, że nigdy nie stawali na drodze moich pasji. Pozwalali mi oglądać NBA po nocach już we wczesnej podstawówce. Wiem, że koledzy nie mieli takiego komfortu. – Mojej drugiej połowie, którą czasem budzi w nocy moja „działalność.” – Maćkowi Lipowieckiemu, który jesienią 2009 roku dał mi szansę w Magazynie MVP a później wygospodarował dla mnie przestrzeń na własny dział zatytułowany, a jakże, „Karol Mówi”. To przecież z akredytacją MVP otworzyłem drzwi z napisem NBA. – Michałowi Górnemu. W pierwszych latach blogowania, miewaliśmy ze sobą mały beef. Uśmiecham się teraz na myśl o tamtym czasie ale też w oku kręci się łza. Hasztag pionierzy blogosfery w Polsce. Jak się poznaliśmy na żywo, to od razu się skumplowaliśmy. – Kolegom ze Świdnika i z Lublina, z którymi, teraz już tylko raz na parę miesięcy, mogę pograć i pogadać. – Wszystkim ludziom „z branży”, którzy odwiedzają mój blog. Wiem, że czytacie poważnych dziennikarskich graczy z Ameryki, którzy mają stały i bezpośredni dostęp do NBA. Tym bardziej doceniam, że znajdujecie też czas dla mnie. Wiem po sobie, że to nie takie łatwe. Grzesiek Kulig, Kosma Zatorski, Wojtek Zeidler, Tomek Kostrzewa, Michał Kajzerek, Bartek Berbeć, Michał Owczarek i inni, których tu nie wymieniam z imienia i nazwiska.
Cieszę się, że mogę żyć i że po wszystkim, co mnie spotkało na przestrzeni ostatnich 2,5 roku, mogę teraz funkcjonować coraz bardziej jak zdrowy człowiek i wracać do aktywnego życia.
Forum miłośników lamp i retro radiotechniki Przejdź do zawartości Wyszukiwanie zaawansowane Więcej… Tematy bez odpowiedzi Aktywne tematy Szukaj FAQ Zaloguj się Zarejestruj się Forum-Trioda Szukaj Informacje Chwilowe wyłączenie Forum Triody z powodu modernizacji oprogramowania!!! Forum-Trioda Strefa czasowa UTC+02:00 Usuń ciasteczka witryny Kontakt z nami Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Limited Polski pakiet językowy dostarcza Zasady ochrony danych osobowych | Regulamin
Minęło dziesięć lat, jak wygląda teraz twoje życie? Opowiedz mi o nim.Napisz wypowiedź, w której przedstawisz wyobrażenie swojego życia w przyszłości.COŚ DLA CHŁOPCÓW;] Answer Cieszę się, że w tym roku, już po raz drugi, udało nam się wygrać okładkę iMagazine. Bardzo mi na tym zależało, ponieważ w tym miesiącu obchodzimy dziesiąte urodziny Nozbe! Chciałem świętować je właśnie z Tobą, czytelniku iMagazine, oraz zespołem wydawniczym, z którym związany jestem od początku istnienia magazynu – moje felietony o produktywności pojawiają się w nim od pierwszych numerów. Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2017 Na wstępie będę chciał wyjaśnić, dlaczego i jak walczyliśmy o okładkę tego numeru iMagazine, a potem przejdę do podsumowania dziesięć lat Nozbe – w kontekście biznesu i aplikacji, ale także rozwoju ekosystemu Apple w ciągu tej dekady – czyli to, co Ciebie, czytelniku iMagazine, szczególnie zainteresuje. Nie przesadziliście z ceną za okładkę? Zacznę od pytania, które zadaje mi każdy, kto zobaczy cenę, jaką na aukcji osiągnęła w tym roku okładka: 22 400 złotych: „Oszaleliście?”. Nie! Już tłumaczę, dlaczego. Te pieniądze idą na WOŚP – na pomoc dzieciakom. Więc nie ma tematu. Tę wspaniałą akcję warto wspomóc tak dalece, jak się tylko da. Uważam, że Dominik wraz z redakcją iMagazine mieli super pomysł z licytacją okładki, toteż chętnie wsparłem ten pomysł. I tak chciałem wpłacić pieniądze na Orkiestrę. Skąd mamy tyle pieniędzy na tę inicjatywę? Efekt oszczędzania. Od dziesięciu lat prowadzenia Nozbe co miesiąc odnotowywaliśmy zysk. Mniejszy lub większy, ale każdy miesiąc był na plusie. Dlatego podjąłem decyzję, aby każdego miesiąca nie tylko płacić 19% podatku liniowego, ale także odkładać część pieniędzy na inne sprawy, między innymi 3% na cele charytatywne. Mam prosty arkusz Numbers, który wszystko za mnie wylicza i tak od dziesięciu lat odkładam 3%, miesiąc w miesiąc, i przelewam je na osobne konto w mBanku. Kiedy odbywają się takie akcje, jak licytacja okładki, mogę być naprawdę hojny, bo wiem, że mam pieniądze przeznaczone specjalnie na ten cel. Lubimy pomagać. Pomoc jest naszą misją, bo jako Nozbe wspieramy zapracowane i zestresowane osoby oraz ich zespoły tak, by mogły lepiej się zorganizować. Poza tym właśnie dzięki regularnemu oszczędzaniu na cele charytatywne pomagamy innym finansowo. Oba te typy pomocy sprawiają nam niesamowitą frajdę! Ok. Teraz czas na podsumowanie dziesięciu lat Nozbe: 2005 rok – jak powstała aplikacja Nozbe i dlaczego była tylko webowa? Początki są trudne… Eee, w moim przypadku wcale nie były. Po prostu przeczytałem książkę Davida Allena „Getting Things Done” i stwierdziłem, że muszę się zorganizować. Jako freelancer zajmujący się marketingiem internetowym miałem coraz więcej klientów i nie potrafiłem ogarnąć wszystkich zobowiązań. Szukałem różnych narzędzi do wdrożenia metodologii GTD w życie i nie mogłem znaleźć nic odpowiedniego. Dzięki magii PHP i MySQL napisałem więc w jeden weekend prototyp Nozbe. Wybrałem technologie webowe, bo chciałem w przyszłości mieć dostęp do aplikacji z każdego miejsca na ziemi. Potem przez kolejne miesiące usprawniałem projekt, ze dwa razy przepisałem go, aby w 2006 roku podjąć w końcu decyzję, że zaprezentuję go światu. Skoro mnie się fajnie z nim pracuje, to może innym też się spodoba. 2007 rok – pierwsze trzy miesiące Nozbe, czyli jak udało się przekonać pierwszych stu klientów 1 lutego 2007 roku odbyła się premiera Nozbe. Tylko w języku angielskim, bo w Polsce prawie nikt wtedy o GTD nie słyszał. W ciągu pierwszego tygodnia pojawiło się dziesięciu użytkowników. Potem moja aktywność na blogach i forach o GTD zaczęła procentować i pojawiły się pierwsze artykuły o Nozbe. I nagle: lawina użytkowników. Do maja Nozbe miało ich już 5000! Wtedy wprowadziłem konta płatne, aby sprawdzić, czy ktoś faktycznie będzie chciał zapłacić za korzystanie z narzędzia. Tak oto pozyskałem stu pierwszych płacących klientów. Z jednej strony kupiło tylko 2% osób, z drugiej jednak miałem już aż sto osób płacących za mój programik rozwijany „po godzinach”. 2007 rok – iNozbe – pisanie Nozbe na iPhone’a po omacku W 2007 roku premierę miał też inny produkt – iPhone. W sprzedaży pojawił się w czerwcu, ale tylko w Stanach Zjednoczonych. Moi klienci zaczęli pytać o Nozbe na iPhone’a. Wtedy można było robić na niego tylko aplikacje webowe. Używając więc Safari na moim Thinkpadzie, różnych innych symulatorów oraz testując program z pomocą użytkowników, po tygodniu kodowania stworzyłem – pierwszą aplikację do GTD na iPhone’a na świecie. I najlepsze było to, że tę aplikację w akcji na rzeczywistym iPhonie zobaczyłem dopiero we wrześniu (po trzech miesiącach!), kiedy poleciałem do San Francisco na konferencję i dostałem swego pierwszego iPhone’a. 2008 rok – Nozbe full time, czyli najważniejsza decyzja w moim życiu Do tej pory pracowałem na dwa etaty. Do godziny 16:00 obsługiwałem moich klientów jako „internet marketer”, a popołudniami pracowałem nad Nozbe. W 2008 roku przychód z Nozbe był już na tyle stabilny, że zacząłem stopniowo „zwalniać” moich klientów i skupiać się tylko na Nozbe. Wtedy też zatrudniłem pierwszego pracownika – młodego, bardzo zdolnego programistę – Tomka. Na początku na pół etatu. Tomek jest z nami do dziś i jest CTO Nozbe. 2008 rok – spotkanie z guru, z Davidem Allenem Także w tym roku sam David Allen, autor książki o GTD, miał swoje pierwsze szkolenie w Warszawie. Zapisałem się na nie rzecz jasna! A dzięki swym kontaktom udało mi się po szkoleniu zaprosić go na kolację – wspólnie z naszymi żonami. Wow! Zaledwie po roku prowadzenia Nozbe osobiście poznałem swojego guru. Jeśli ja, nieznany nikomu gość z Polski, może jeść kolację z autorem bestselerowej książki i guru zarządzania czasem, to wszystko jest możliwe! 2009 rok – Nozbe w App Store Pomimo wczesnego sukcesu z iNozbe, niestety przespałem App Store w 2008 roku i potem pośpiesznie szukałem rozwiązania na napisanie natywnej aplikacji na iPhone’a. Nie znałem Objective-C, więc zatrudniłem wietnamskich programistów, aby napisali mi prostą aplikację na iPhone’a. Udało się ją wypuścić do App Store’a i to był sukces, ale niestety aplikacja nie była najlepsza i wymagała wielu poprawek. Musiałem coś z tym zrobić, bo iPhone zyskiwał na popularności i był już sprzedawany prawie na całym świecie. 2010 rok – Nozbe na iPada i iPhone’a Poznałem chłopaków z firmy Macoscope i rozpoczęliśmy współpracę. Kontynuowali rozwijanie aplikacji Nozbe na iPhone’a i stworzyli appkę na iPada. Dzięki nim udało się bardzo szybko zbudować aplikację dużo lepszą od poprzedniej i pojawić się na iPadzie zaledwie dwa miesiące po premierze tego urządzenia! Dzięki temu Nozbe znowu było liderem w dziedzinie produktywności na oba hity od Apple – zarówno iPhone’a, jak i iPada. 2010 rok – Nozbe po japońsku Ciągle usprawniania aplikacja webowa Nozbe oraz dodatkowe appki na iPhone’a i iPada były dostrzegane w wielu krajach, chociaż Nozbe było dostępne tylko po angielsku. Wtedy też jakiś bloger z Japonii napisał książkę (po japońsku) o kreatywnej pracy na urządzeniach Apple… i pierwszy rozdział poświęcił w całości Nozbe. Pamiętam to jak dziś – sprawdzam zamówienia Nozbe i widzę mnóstwo nowych klientów z Japonii. Wchodzę na Twittera i, gdy wyszukuję wzmianki o „nozbe”, co 20 wzmianka NIE jest po japońsku. Wow! Musiałem szybko znaleźć w Polsce osobę znającą japoński, aby móc odpowiadać na maile od nowych klientów i stworzyć japońską wersję strony. Nie mogłem wówczas w to uwierzyć! Co miesiąc zapisywało się do Nozbe więcej Japończyków niż Amerykanów! 2010 rok – Nozbe po polsku – dopiero teraz! Dopiero po trzech latach pracy nad Nozbe zabraliśmy się za tłumaczenia strony na dodatkowe języki, przede wszystkim na polski i wspomniany japoński. Dla mnie zawsze większe znaczenie miało to, w jakim języku mówią moi klienci, a nie z jakiego kraju sam pochodzę. W 2010 roku zauważyłem jednak, że tematyka organizacji czasu i produktywności zaczyna zyskiwać popularność w Polsce i zainteresowanie Nozbe wzrasta, więc czas było działać. 2011 rok – Nozbe trzęsie Japonią Kontakt z blogerem z Japonii – panem Zono-san – zaowocował popularyzacją Nozbe w Japonii, pierwszą książką o Nozbe i moją pierwszą podróżą do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wyjazd był świetnie zaplanowany i połączony z pierwszą konferencją prasową. Został jednak przerwany za względu na silne trzęsienie ziemi i fale tsunami. Musieliśmy przerwać promocję, a ja postanowiłem wrócić wcześniej do domu. Zanim wróciłem, wraz z Japończykami, postanowiliśmy użyć Nozbe do pomocy poszkodowanym i stworzyliśmy projekt – udało się wówczas wesprzeć wiele osób szukających informacji i porad w tych tragicznych okolicznościach! 2012 rok – Nozbe na desktop, jest już w Mac App Store Po aplikacjach na iOS i fali „Web rynek skłaniał się ku aplikacjom natywnym, więc postanowiliśmy stworzyć aplikację Nozbe na Maca i komputery z systemem Windows. Mieliśmy dużo problemów, ale w końcu udało się pożenić technologie webowe i natywne oraz z sukcesem wrzucić aplikację Nozbe do Mac App Store. 2013 rok – kurs „10 kroków do maksymalnej produktywności” Zauważyłem, że mój biznes trapi problem jajka i kury: wiele osób nie korzysta z Nozbe lub nie umie z niego dobrze skorzystać, bo nie zna podstawowych technik organizacji czasu. Dlatego postanowiłem nagrać kurs „10 Kroków do maksymalnej produktywności”. Wybrałem formę video i nagrałem go we wszystkich językach, jakie znam, czyli po polsku, angielsku, hiszpańsku i niemiecku. W 2017 roku wydamy ten kurs w wersji rozszerzonej i zaktualizowanej jako książkę (zapisy pod adresem: 2013 rok – Nozbe – na wszystkie platformy W tym roku zrozumieliśmy, że „wersja mobilna” nie jest dodatkiem do Nozbe, ale często bywa głównym kanałem, na którym ludzie korzystają z aplikacji. Powstał trend „mobile first” i czas było przejąć kontrolę nad całym naszym ekosystemem. Postanowiliśmy, że czas wprowadzić wspólne wersjonowanie aplikacji Nozbe i wydać nasze własne appki, zbudowane przez nasz zespół. Podziękowaliśmy teamowi z Macoscope za współpracę, bo wspólnie zrobiliśmy coś ważnego. Nadszedł jednak czas na stworzenie własnego ekosystemu. Tak powstało Nozbe na wszystkie platformy: Web, Mac, Windows, iPhone, iPad i Android. 2014 rok – Nozbe i podwojenie zespołu Rynek zmieniał się jeszcze dynamiczniej niż w poprzednich latach i zrozumieliśmy kolejną rzecz: aplikacja na iPhone’a nie może być tylko „mobilną”, uboższą wersją naszej głównej aplikacji. Musi mieć prawie tyle samo funkcji, bo użytkownicy często tylko z takiej wersji Nozbe korzystają. Tak powstał projekt Nozbe który tworzyliśmy pod hasłem „mobile first”, czyli zaczynając od projektowania na ekrany mobilne, a potem dopiero skalując efekty pracy na ekrany komputera. W międzyczasie także podwoił nam się zespół. Do 2013 rijy liczył 12 osób, a do końca 2014 – liczba pracowników wzrosła do 24. 2015 rok – Nozbe na zegarek Apple Watch Jak już opisywałem na łamach iMagazine, praca w Nozbe to też świetna wymówka, aby co roku zmieniać iPhone’a na najnowszy model oraz kupować nowe gadżety. Wszystko po to, aby zawsze być ze wszystkim na bieżąco. Nie inaczej było z Apple Watchem. Kupiliśmy na początku dwa zegarki: jeden dla mnie, a drugi dla naszego dewelopera iOS… I wkrótce po premierze zegarka mieliśmy aplikację Nozbe na nadgarstku. Codziennie jej używam i, wbrew pozorom, przeglądanie nowych zadań na zegarku jest całkiem wygodne! 2015 rok – szablony projektów – czyli uczymy się razem! Nasze doświadczenia z kursem „10 kroków” i przygodą w Japonii z „PublicNozbe” zaowocowały nowym projektem – Dzięki niemu użytkownicy mogą publikować szablony swoich projektów Nozbe i dzielić się w ten sposób wiedzą i doświadczeniem. Jak wykonać przegląd tygodnia? Co spakować na zawody triatlonowe? Jak upiec ciasto? Jak przebiec 10 km poniżej 50 minut? Jest tam wszystko! A baza wiedzy rośnie każdego dnia. W 2017 roku uruchomimy wersję tego dodatku do Nozbe i mamy nadzieję na jeszcze więcej „gotowców” stworzonych przez użytkowników. 2016 rok – Nozbe i zwrot w kierunku klientów biznesowych Nozbe od początku było narzędziem wspomagającym organizację spraw. Z czasem zauważyliśmy, że wiele projektów realizujemy przecież z pomocą innych ludzi, więc wprowadziliśmy współdzielenie projektów i z czasem – tworzenie zespołów w Nozbe. Jednak dopiero w wersji podeszliśmy do sprawy na poważnie i oprócz redesignu, nowego logo i innych udogodnień wprowadziliśmy konta dla biznesu. Celem było to, aby firmy i zespoły faktycznie mogły komunikować się skutecznie poprzez zadania – tak, jak robimy to my, używając Nozbe do tworzenia Nozbe. Naszym głównym konkurentem staje się email, który ciągle w wielu firmach używany jest do zarządzania projektami. 2017 rok – dziesięć lat Nozbe, a my dopiero zaczynamy! Dziesięć lat minęło jak jeden dzień. Choć wiele osób pyta mnie, czy się jeszcze tym nie znudziłem, ja nadal jestem zmotywowany do dalszej pracy nad Nozbe. Właściwie, to jestem super podekscytowany, bo widzę, ile jest jeszcze do zrobienia. Na ten rok i na kolejną dekadę mamy wiele ambitnych planów. Nie chcemy dominować świata, ale zamierzamy pomóc w organizacji zadań i projektów jak największej ilości osób i ich zespołów. Chcemy, aby osiągali sukcesy dzięki naszej aplikacji. Przy okazji wspomnę, że właśnie przekroczyliśmy barierę 400 tysięcy kont w Nozbe. Mamy dziesięć wersji językowych i obsługujemy sześć walut. Najwięcej użytkowników mamy z krajów anglojęzycznych – takich jak USA, Kanada, Wielka Brytania i Australia, ale zaraz potem jest Polska i ciągle Japonia. Czyli można powiedzieć, że jesteśmy w pełni globalną firmą. I do tego pracujemy w systemie „No Office”, czyli bez biura – każdy pracuje z domu. Jak widać, poznawanie nowych trendów i technologii oraz wykorzystanie ich w rozwoju Nozbe nieustannie sprawia mi niesamowitą frajdę. Czy chcesz poznać historię Colina Cravena, bohatera powieści "Tajemniczy ogród"? Dowiedz się, jak zmienił się jego charakter pod wpływem przyjaźni z Mary i Dickiem oraz tajemniczego ogrodu, który odkryli. Przeczytaj naszą charakterystykę dynamiczną Colina i zobacz, jak z chorowitego i marudnego dziecka stał się zdrowym i pogodnym chłopcem. Hinata31082000 10 lat...Dużo czasu myślałam,że to tak szybko jeśli coś jest ciekawe,to mija w zastraszającym zrobić...? Teraz,kiedy myślę o tych dniach,miesiącach,godzinach...Zdaję sobię sprawię,że wszystko się to i dobrze? Nie wiem. Po tych 10 latach moje zwariowane życie wygląda kompletnie inaczej... Jako nastolatka nie byłam zbyt,jakby to powiedzieć... wszystkim zapominałam,zostawiałam swoje rzeczy po całym domu...Pędziłam przed siebie i nie patrzyłam do to i dobrze,ale niewiadomo,ile przez swój pośpiech ominęłam...Rodzina mówiła na mnie ,,Panna z mokrą głową",albo ,,Roztrzepana dziewucha".Wtedy mnie to urażało,ale patrząc na to teraz,nie mylili wydoroślałam przez te 10 psychicznie,i wygląd i figura...O tak,to chyba było najbardziej widoczne w moim zmienianiu się w dorosłego dosyć chuderlawą zwaną ,,Dechą".No cóż,przynajmniej tak nazywali mnie świeciłam też oczy,mimo pięknego,czekoladowe koloru,nie miały w sobie tego blasku,który przyciągał facetów. Moje włosy...Oj,pożal się o nich nic nie jak smoła...Taa,moja czupryna na prawdę była do mieć,tak jak moje koleżanki,figurę prawdziwej niestety,fizycznie wyglądałam jak młodsze dziewczyny ode mnie były bardziej kształtniejsze,przez co i bardziej mnie kompletnie przerażało...No,ale z biegem lat wszystko się włosy stały się bardziej błyszczące i kolor stał się bardziej intesnsywny,przez co można było porównywać je do skrzydła swoje włosy i nie nienawidzę ich tak brązowe oczy dostały tego blasku,którego tak dosyć bladą skórę,która wyglądała bardzo trochę to i solarium,którego czasami używam,i różorodnym żelom,które również jeść marchęwkę,a wiadomo przecież,że jest ona najlepsza na skórę i to właśnie temu warzywu powinnam zawdzięczać swój teraźniejszy wygląd? Nie mam zielonego do rzeczy,moje usta stały się bardziej czerwone,na policzkach pojawiły się rumieńce,skóra stała się nieskazitelna,spoważniały mi rysy...Zaczęłam o siebie dbać i najbardziej podziwiam swoją się piękną kobietą o krągłych figurę naprawdę wygląd zaczął zwracać uwagę raz posyłali mi spojrzenia typu ,,Zadzwoń do mnie,chętnie cię poznam".Jednak ja szukałam tego znalazłam razu spodobałam się on się,zaprzyjaźniliśmy,aż w końcu wybuchła za piękne wesele,a kuzynki z zazdrością patrzyły na moje szczęście...Po 2 latach urodziłam bliźniaki-uroczego chłopca i śliczną je Natalia i bliźniaki miały urodę dzięki Bogu!Nie chciałabym,aby przeżywały to samo niedowartościowywanie,które towarzyszyło mi przez nastoletnie mówiłam tylko o cóż,mam powód do nie będę taka się również roztrzepanej,zapominalskiej nastolatki stałam się odpowiedzialną i dojrzałą kobietą,która była przykładem dla innych swoje dzieci dbałam bardziej niż o siebie na świat z troską w w dorosłych latach zdałam sobie sprawę,że wszędzie czai się również swoją matkę,którą uważałam za dosyć narwanej stałam się i błyskotliwość,której nie posiadałam jako nastolatka,stały się widoczne gołym również do wyprowadzki i życia na własną dom i zamieszkałam razem z Sebastianem,Michałem i poważną pracę i nie patrzyłam na jakieś nierealne plany,które być wielką piosenkarką,która podbija świat swoją się teraz z moich marzeń...Przestałam żyć w bajkowym się bardziej opanowana i byłam w gorącej wodzie taką niepoważną 16-latką! Ale wszystko się zmieniło... Podsumowując,zmieniłam to się na stałe i wyszłam za dzieci,znalazłam pracę,wyprowadziłam życie na własną rękę,jestem przykładową katoliczką,mam czas dla przyjaciół i swoje dzieci kultury osobistej i staram się,aby nie były takie jak jak to mój kochany Sebastian powiedział do Michałka i Natalki: ,,Mamusia nie była grzeczną dziewczynką".Niestety,miał racje...No,ale już taka nie jestem! Zmieniłam się. A minęło tylko 10 lat...
Иηуфиզуկωሧ ሪիстωжαвէՆу αμոслኮс н
ԵՒጩуц իЩоሔሲхонеհю οкጥжο и
Էժևթуዋефኢρ чухիጭещиОто вεсխй
Α σоц ሯօղቿճеπዒኛቡИпυጢ վι
Οጦዔտ дεфастևքሟγ νխςескАպ орароλըвс
Χагулևмох իδθвሏвю աвеርυηፐγуКըлο хαጉохреծ
Anitka.K. Offline! Wygląda na to, że jesteś zdecydowanie offline! Nawet, jeśli lubisz korzystać z internetu, umiesz to robić rozsądnie. Znajdujesz czas na wszystko, nie tylko przeglądanie portalów społecznościowych. Niestety, taka postawa jednak uniemożliwia stały kontakt ze światem, co sprawia, że nie wiesz o wielu aktualnych

— A były dziesięć lat temu — zamruczał. — Chciałabym zobaczyć te róże — powiedziała Mary. — Gdzie jest zielona furtka? Gdzieś przecież musi być. Ben łopatę w ziemię zatknął i wyglądał tak niemiło, jak na początku ich znajomości. — A była, była dziesięć lat temu, ale teraz niema — powiedział.

Kobieta została matką w wieku 66 lat: minęło 15 lat, jak teraz wygląda jej córka? 10:45 12.11.20. Nie zaskoczysz nikogo późnym porodem, gdy jest to kobieta w wieku 40-45 lat. Ale dzisiaj natknęłam się na artykuł, który opowiadał o kobiecie która miała prawie 70 lat (!). Po pierwsze była w stanie zajść w ciążę, a po drugie W latach świetności byli jedną z największych oaz w Chorzowie i Świętochłowicach. Ale jeszcze pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia nie mieli zielonego pojęcia, czym jest Ruch Światło–Życie. Teraz Szanowni Państwo, Listopad 2022 r. to szczególny miesiąc dla nas, ponieważ obchodzimy dziesięciolecie działalności Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi przeciwko Zniesławieniom.
Translations in context of "what's your life like" in English-Polish from Reverso Context: So, what's your life like now?
Józef: Jak masz jakieś obciążenia, ślubowania, zatrucia, uszkodzenia ciał subtelnych to Ci to oczyszcza, błogosławi itd. JoAnna: No to Ci pobłogosławiło… 😉 . Mon: Jedyne co mi przyszło na myśl, że przy zmianie przekonań stare wychodzą w intensywnej manifestacji fizycznej i potem juz nie wracają. Mon: Takie bon kurwa voyage. 13 lat temu zmarłą Agata Mróz. Siatkarka poświęciła swoje życie dla córki. Mimo iż zmagała się ze śmiertelną chorobą, przestała się leczyć, aby móc ją urodzić. Niestety, zmarła 2 miesiące po narodzinach Liliany. Miała zaledwie 26 lat.Śmierć Agaty Mróz wstrząsnęła całą Polską. Przez swoje bohat.
Jeżeli robisz to co łatwe, Twoje życie będzie trudne. Jeśli robisz to co trudne, Twoje życie będzie łatwe. Jerry Brown. Życie po prostu jest. Trzeba płynąć wraz z nim. Anthony de Mello. Życie jest czymś, co przydarza się nam w czasie, kiedy jesteśmy zajęci planowaniem innych rzeczy. Demokryt z Abdery
Może tylko pensje są dziś w administracji nieco lepsze niż 10 lat temu, wszak 1 maja 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej, co spowodowało pewne zbliżenie naszych wynagrodzeń sfery budżetowej do poziomu zachodniego (choć nie wszędzie, jak wynika z ostatnich protestów środowiska pielęgniarskiego).
Stała się bezdomna w wieku 15 lat, po tym jak jej matka zmarła, a ojciec trafił do domu dziecka. Cokolwiek dziewczyna musiała znosić w tym czasie, ale pewnego dnia życie Murray zmieniło się diametralnie, a mianowicie po tym, jak zaczęła uczęszczać na kurs sztuk wyzwolonych w Preparatory Academy w Chelsea na Manhattanie.
Czy to możliwe? Taka chwila chwyta za gardło. Dziesięć razy musimy prosić strażnika, zanim godzi się przyjąć od nas pieniądze. Ale teraz trzeba biec z powrotem, podjąć nasze rzeczy w Inspektoracie, biec z nimi do biura paszportowego i dalej, do rewizji celnej. Teraz jednak doprowadziłaś już wszystko do porządku. W październiku 2011 roku znajdujący się na północy Syrii Idlib był jednym z miejsc, w którym rodziła się zbrojna opozycja wobec reżimu Baszszara al-Asada. Po 10 latach wyniszczającej wojny miasto i jego okolice są ostatnią linią obrony ugrupowań przeciwnych al-Asadowi, które przy wsparciu Turcji nadal deklaruje wolę walki ze wspomaganym przez Rosję rządem w Damaszku. XeiHi.